Zamieszczam fragment wspomnień Andrzeja dotyczący czasów przed powstaniem Solidarności.

          We wrześniu 1977 roku rozpocząłem pracę w Stoczni Gdańskiej /wtedy/ im. Lenina. Z wolna rozwiewały się moje wyobrażenia o sile jednoczącej stoczniowców. Obraz jedności i bliżej nieokreślonej wspólnoty braci stoczniowej wymyśliłem sobie w oparciu o skąpe wieści, jakie przywiozłem ze sobą, o wydarzeniach Grudnia 1970 roku na Wybrzeżu. Szybko okazało się, że moja wyobraźnia była zbyt wybujała i rzeczywistość szybko ją korygowała. Próby nawiązania do tamtych wydarzeń w rozmowach z kolegami zbywane były milczeniem lub któryś rzucił mi uwagę – „nie interesuj się tym bo ktoś zainteresuje się tobą”.

Dopiero w grudniu 1977 coś się zmieniło. Pewnego dnia, już w szatni po zakończeniu pracy, wyczułem pewne podniecenie wśród szykujących się do wyjścia kolegów. Nikt nie chciał wyjaśnić o co chodzi. Ktoś mnie zapytał, którą bramą wychodzę i dodał: -tylko nie idź na drugą.

Tym bardziej poszedłem. Przed bramą było trochę zmieszania. Autobusy stały zamknięte na placu i nie odjeżdżały a przy płocie stoczni kłębił się mały tłumek. Kogoś z gapiów zapytałem co się dzieje?

Nie wiesz, ktoś pamięta o grudniu. To właśnie grupa opozycjonistów z Trójmiasta składała kwiaty ku czci poległych stoczniowców. Następnego dnia próbowałem dowiedzieć się czegoś więcej o tej demonstracji. W końcu kolega z brygady, Roman Detlaf z Rumii obiecał mi coś powiedzieć ale po pracy. Tak oto przy piwie w barze „Pod Kaprem” opowiedział mi o sobie.

W 1970 roku procował w stoczni w Gdyni. Potem został zweryfikowany /wyrzucony z pracy/ i z trudem znalazł zatrudnienie w Gdańsku. Opowiadał mi szczegółowo o tamtych dniach. O determinacji stoczniowców i podstępie władz. Mówił o bezsensownej masakrze w Gdyni, ale też o samoorganizacji walczących. Jak utworzono komitet strajkowy i jak pod osłoną nocy aresztowano jego członków. Jak go zwinęli, poturbowali a potem wyrzucili z pracy. Widziałem łzy w Jego oczach i bezsilną złość jaka w nim wzbierała na wspomnienie tamtych dni. To wstrząsające opowiadanie wywarło na mnie niesamowite wrażenie. Widziałem też jego dziwne zadowolenie gdy przez zaciśnięte zęby gdy mówił: „ jednak ludzie nie zapomnieli i te kwiaty wczoraj to znak, że ktoś o tym pamięta i jeszcze im przypomni”.

           Przejęty opowieścią postanowiłem dowiedzieć się więcej i odszukać kogoś kto był, lub przygotował tą skromną demonstrację. Sposobność nadarzyła się dopiero gdzieś w lutym następnego roku podczas rozmowy z kolegą o wiadomościach z Radia Wolna Europa. Witek – tak miał na imię – powiedział mi w tajemnicy, że zna syna kogoś o kim czasem mówią w tym radiu. Poprosiłem o kontakt i umówił mnie na spotkanie. Poznałem młodszego ode mnie chłopaka, Piotra. Był to syn Tadeusza Szczudłowskiego działacza Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Piotr po dłuższej rozmowie zaproponował mi przyjście do jego mieszkania na spotkanie z „kimś interesującym z tych kręgów”.

          Poszedłem, jak pamiętam było to spotkanie z Leszkiem Moczulskim. Tam dowiedziałem się, że takie spotkania odbywają się cyklicznie i dotyczą historii – tej prawdziwej. Zacząłem bywać tam częściej zaskoczony i przyciągany trochę aurą tajemniczości. Poznałem wówczas wielu młodych ludzi, którzy swobodnie dyskutowali o fałszowaniu historii, naruszaniu prawa i potrzebie przeciwstawienia się temu. Byli to bracia Rybiccy, Słomińscy, Darek Kobzdej, Magda Modzelewska, Bożena Rybicka, Grzegorz Grzelak i inni. Chociaż była to tylko garstka ludzi to ich inny, niż ogólny sposób myślenia i wyrażania swych przekonań był dla mnie bardzo ważny. Jednak z czasem kółka dyskusyjne przestały mi wystarczać i chciałem „coś robić”. Tylko co? Wykonywałem z Piotrem odlewy gipsowe orłów z koroną czy popiersia Marszałka Piłsudskiego ale to nie było to. Pracowałem wśród ludzi, którzy mieli bardziej przyziemne problemy. Niesprawiedliwość w pracy, niskie zarobki, wysokie ceny i podstawowe niedostatki normalnego bytu. Na którymś spotkaniu pojawili się nowi ludzie i dyskusja potoczyła się troszkę inaczej. Mówiono o trójmiejskich stoczniach i wolnych związkach zawodowych. Tak poznałem Gwiazdów i Bogdana Borusewicza. Z Bogdanem po spotkaniu wyszliśmy razem i idąc pieszo z Moreny do Wrzeszcza rozmawialiśmy o warunkach pracy w stoczni. Bogdan opowiedział mi wówczas o utworzeniu Komitetu Założycielskiego Wolnych związków zawodowych i zaproponował abym go odwiedził, to da mi jakieś materiały o tym. 

          Tak od kolportowania "bibuły" w Stoczni Gdańskiej zacząłem współpracę z Bogdanem i WZZ-tami. Problematyka poprawy losu pracujących szybko mnie wciągała więc stałem się częstym gościem na spotkaniach u Gwiazdów i u Ani Walentynowicz. Było to coś, co dotyczyło mojego środowiska i było mi bliskie. Wkrótce poznałem prawie całe środowisko Gdańskiej Opozycji Demokratycznej. Początkowo kolportowałem gazetki przywiezione z Warszawy ale w którymś momencie Bogdan zaproponował mi naukę druku w warunkach konspiracyjnych. Wówczas poznałem Andrzeja Butkiewicza, z którym wspólnie rozpoczynaliśmy. Najpierw były to matryce białkowe i wałek. Ciężka fizyczna praca. Z ulgą przyjęliśmy wiadomość, o tym, że w będziemy mieli sitodruk. Sitodruk jawił nam się jako wspaniała technika ale miny nam zrzedły gdy przeszliśmy do praktyki. Okazało się to bardziej skomplikowane i wymagało więcej sprzęty. Z nostalgią wspominałem druk wałkiem, czasy gdy z Alinką (Pienkowską, później żoną B. Borusewicza) musiałem w nocy przenosić drukarnię, która została namierzona. Początkowo drukowaliśmy w mieszkaniu Andrzeja na rogu Koziej i Piwnej w Gdańsku. Do czasu.
W sierpniu 1989 roku przyszedłem jak zwykle po pracy bo mieliśmy drukować i wpadłem w „kocioł”. Od tej pory przestałem być anonimowy dla bezpieki i zacząłem „zaliczać” apartamenty gdańskich aresztów. Drukowaliśmy nadal, bo w stoczni ludzie już przyzwyczaili się do tych naszych gazetek i zapotrzebowanie rosło. Był to okres kiedy z Anią Walentynowicz zaczęliśmy rozdawać „bibułę” oficjalnie. Ubecy zaczęli deptać mi po piętach i musiałem coraz więcej czasu tracić na gubienie ich. Mieli dużą łatwość gdyż regularnie chodziłem do pracy a po południu do szkoły. Drukowałem więc w Krynicy Morskiej w soboty i niedziele. Makiety „Robotnika Wybrzeża” przygotowywali Gwiazdowie. Z „Butem” odbieraliśmy je ze skrytki na ul. Danusi – gdzie mieszkał Błażej Wyżkowski. Potem do Krynicy, druk i w poniedziałek do pracy. I tak to szło. Kłopoty z lokalami mieliśmy stale. Było nas mało i wszystkich znała już ubecja. Było więc i tak, że zawiadomienia o demonstracji w rocznicę Grudnia, drukowałem z Alinką i Bogdanem w Jego mieszkaniu w Sopocie w trakcie przyjęcia. Goście oczywiście nic nie wiedzieli bo okupowaliśmy kuchnię do której wchodziła tylko siostra Bogdana. Rano zdążyliśmy wywieźć wszystko ale po powrocie Bogdan został aresztowany na dwa tygodnie. Kilka dni potem też siedziałem, a po wyjściu wyrzucili mnie ze szkoły. Tak po prostu. Jest pan skreślony i - żadnych wyjaśnień. Demonstrację, którą przygotowaliśmy przeżywałem w areszcie Komendy Miasta. W styczniu 1980 roku zgłosiło się do nas kilku młodych stoczniowców.
To były namacalne dowody, że nasze działanie dawało efekty. W zakładzie, w którym pracował Wałęsa przygotowywaliśmy powołanie niezależnej Komisji Robotniczej. Z tego okresu najbardziej pamiętam wędrówki – z Andrzejem Gwiazdą - po zaśnieżonych Stogach dla „tajnych” rozmów z Lechem, który i tak potem powtarzał to w domu. Skutek niedyskrecji był taki, że w dniu powołania komisji, SB aresztowała wszystkich inicjatorów. Kolejną represją było zwolnienie z pracy.
W ostatnich dniach stycznia 1980 wraz z Anią Walentynowicz podejmujemy próbę wzniecenia strajku w Stoczni Gdańskiej w obronie zwolnionych. Efekt raczej skromny ale skutkiem tego, my także, natychmiast zostajemy zwolnieni z pracy. Miłałem więc dużo wolnego czasu. Andrzeja (Butkiewicza) także potkały represje. Został relegowany z uczelni. Uczyliśmy więc Wałęsę i kilku jego kolegów druku. Szkoliliśmy też kandydatów na drukarzy dla Ruchu Młodej Polski. Cżęściej wówczas wyjeżdżałem w Polskę, zawsze z materiałami „przy okazji”. W Zagórzu, za udzielaną mi pomoc, zwalnili  z pracy kolegę, Stanisława Zycha. Był więc tam „spalony” i przyjechał ze mną do Gdańska gdzie załatwiliśmy mu pracę w Stoczni Wisła. Staszek działał z nami a w sierpniu 1980 r., podczas strajku, pracował jako drukarz w Stoczni Gdynia. W stoczni gdańskiej zastąpili nas młodzi, Borowczak, Felski, Karańdziej i inni. 

          W międzyczasie odwołałem się do sądu pracy, ale bez wiary w powodzenie. Czasu miałem nadal dużo więc drukowałem z kolegami więcej i organizowaliśmy akcje ulotkowe pod zakładami pracy, w pociągach SKM (Szybkiej Kolei Miejskiej) czy pod kościołami. Zaczęliśmy wychodzić z naszym działaniem poza teren Gdańska a nawet Trójmiasta. Wyjeżdżałem z ulotkami do Tczewa, Kartuz, Słupska czy Lęborka.
Wiosną 1980 roku pomagałem Darkowi Kobzdejowi w przygotowaniach do demonstracji 3-go maja, w rocznicę uchwalenia Konstytucji. Załatwiłem dla niego tubę przez którą potem przemawiał i zapewniliśmy mu „obstawę” w trakcie pochodu i przemówienia. Niestety, Darek i tak potem został aresztowany. Zmobilizowaliśmy się i zorganizowaliśmy wspólnie z kolegami z RMP (Ruch Młodej Polski) akcje w obronie jego i Tadeusza Szczudłowskiego. Do kościoła Mariackiego przychodziliśmy z Andrzejem, głównie by dostarczyć ulotki, które zaraz po modlitwie rozrzucane były na ul. Długiej. Maj, czerwiec i lipiec 1980 r. to okres gdy nasililiśmy swoje działania. Dużo drukowaliśmy. Często organizowaliśmy akcje ulotkowe. Stało się to dla nas chlebem powszednich, prawie rutynowym działaniem.
Druk, akcja, areszt.
Nie zdawaliśmy sobie wówczas sprawy, że przyczyniamy się do wytworzenia atmosfery, która ułatwiła w sierpniu rozpoczęcie strajku. W lipcu, gdy już pewne było, że do pracy w Stoczni Gdańskiej nie powrócę, Bogdan Borusewicz nakazał mi wyłączenie się z bieżącego działania i podjęcie próby zatrudnienia się w Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni. Zniknąłem na jakiś czas i 15 sierpnia 1980 roku zjawiłem się w stoczni w Gdyni, ale już nie po to by podjąć pracę.