W czasie legalnej działalności NSZZ "Solidarność", po Sierpniu 1980 roku, Andrzzej pełnił funkcję wiceprzewodniczącego związku, gdzie odpowiadał za kontakty z organizacjami zakładowymi. Po konflikcie z Lechem Wałęsą, któremu zarzucił dyktatorski sposób sprawowania mandatu przewodniczącego, ustąpił  z funkcji i wraz z Bogdanem Borusewiczem zajął się działalnością niepodległościową. Nawiązał kontakty z opozycjonistami z Rosji i Czechosłowacji, którym dostarczał m.in. niezależną prasę.

Poniżej fragment wspomnień Andrzeja, dotyczący tego okresu:

          Następnego dnia po zakończeniu strajku – 1 września 1980 roku spotkaliśmy się w pierwszej siedzibie przyszłej „Solidarności” przy ul. Marchlewskiego w Gdańsku-Wrzeszczu. Mieliśmy zastanowić się nad koncepcją tworzenia nowego związku zawodowego. To, co tam zastałem było dla mnie całkowitym zaskoczeniem. Ludzie niesieni euforią zwycięstwa nie mieścili się w skromnych pomieszczeniach. Wszyscy oczekiwali od nas konkretnych decyzji i gotowych rozwiązań a my nie byliśmy na to przygotowani. Wówczas nikt z nas nie miał pojęcia jak i co mamy tworzyć. Nie byliśmy w stanie zebrać się w gronie prezydium i cokolwiek ustalić. Pierwsze, co postanowiliśmy to, że musimy żądać większej siedziby a tymczasem postanowiliśmy spotykać się wieczorami w mieszkaniach prywatnych.
Dnie musieliśmy poświęcać dla ludzi, którzy tłumnie nas odwiedzali i wymagali od nas „cudów”. Spotykaliśmy się więc wieczorami w mieszkaniach Ani Walentynowicz, Jacka Tajlora, Józka Przybylskiego i innych. Próbowaliśmy ustalić najlepszą dla nas formułę organizacji, jaką chcieliśmy stworzyć. Rozważaliśmy koncepcję regionalnych związków, jednego silnie scentralizowanego i federacji regionów. Wiele emocji wywoływały dyskusje nad samą formą struktur wewnętrznych. Zajmowało nam to całe noce a ludzie już chcieli gotowych rozwiązań. Jak to bywa, życie samo ułożyło scenariusz. Presja ludzi była tak wielka, że nie mieliśmy czasu na teoretyczne rozważania. 
          W całym kraju ludzie organizowali się sami wokół powstających regionalnych, miejskich lub wojewódzkich komitetów założycielskich Niezależnych Samorządnych Związków Zawodowych. Od pierwszych dni w Gdańskim MKZ-cie odpowiedzialny byłem z organizację kontaktów z zakładami pracy, co szybko wykroczyło poza region Pomorza i naturalnie zmuszony byłem zająć się pomocą w organizowaniu związku w całym kraju. Na 17 września przygotowywałem pierwsze spotkanie przedstawicieli komitetów założycielskich związku z całego kraju. To wówczas zapadła historyczna decyzja o tworzeniu związku, jako federacji regionów i utworzeniu jego reprezentacji, czyli powołaniu Komisji Krajowej i przyjęciu /na wniosek Karola Modzelewskiego/ jego nazwy „Solidarność”, jako symbolu strajków sierpniowych.
          Gdy otrzymaliśmy nową siedzibę przy ul. Grunwaldzkiej 103 postanowiłem zająć mały pokoik na ostatnim piętrze i tam zamieszkałem. Nie pamiętam kiedy sypiałem w tamtym okresie. W dzień trwały nieustanne spotkania z ludźmi, którym trzeba było tłumaczyć wszystko od podstaw. Jat tworzyć związek, co z jakimiś kasami pożyczkowymi, jak zbierać składki i jak się organizować. Każdego dnia kilka godzin siedziałem na parapecie okna w swoim pokoju i kolejno dla zmieniających się grup przyszłych działaczy wykładałem te same formułki czyli zasady organizowania się w zakładach. Nowa siedziba także okazała się zbyt mała gdyż masa ludzi jaka przewijała się każdego dnia kompletnie paraliżowała pracę biura, które było wielką improwizacją. Nadal spotykaliśmy się późnymi wieczorami w prywatnych mieszkaniach, bo tylko tam mogliśmy zastanowić nad coraz to nowymi sprawami organizacyjnymi. 
          Realizacja porozumień utknęła w miejscu, potrzebna nam była gazeta, dostęp do radia i telewizji, własna drukarnia, łączność itd., itd.,. Kilka nocy pracowaliśmy nad statutem związku. Na szczęście bezpośrednio pracowali nad tym tylko Karol Modzelewski, Andrzej Wielowiejski, Jan Olszewski i czasem ktoś jeszcze. Na szczęście, bo i tak pojawiały się ciągle nowe sformułowania i zapisy co po każdej nocy /ok. 4 rano/ trzeba było przepisywać na kilku maszynach. Rano poprawki tych, co to się wyspali znów to samo. Po kilku takich próbach statut był gotów i zaczęły się problemy z rejestracją związku. Władza nie miała zamiaru wywiązywać się z obowiązani i rodziły się konflikty lokalne. Postanowiliśmy rozstrzygnąć to całościowo i na początek października zaplanowaliśmy ogólnopolski strajk ostrzegawczy. Tu po raz pierwszy zarysowała się wyraźna różnica zdań między doradcami a nami przywódcami związku. My preferowaliśmy konkrety, nacisk na władze i skuteczne egzekwowanie zobowiązań a doradcy wpadali w panikę na samo wspomnienie strajku. Co raz częściej odnosiłem wrażenie, że właściwie to doradcy dbają o to by nie zrobić krzywdy komunie. Histerycznie wmawiali nam konieczność apolityczności i straszyli nas sowieckimi czołgami.
          Już w pierwszych dniach września pojawiły się niepokojące informacje o Wałęsie. Gdy stał się gwiazdą telewizji zgłosili się ludzie, którzy twierdzili, że nie taka była Jego rola w 1970 roku. Przynosili dokumenty, fotografie i jakby z zażenowaniem próbowali mi wyjaśnić, że L. Wałęsa w tamtym czasie opowiedział się po stronie władzy i zdradził robotników. Trudno było w to uwierzyć ale otrzymaliśmy informację o istniejącej w zasobach gdańskiej SB teczce L.W. w której figuruje jako agent. W naszym – WZZ-towskim – gronie rozgorzała dyskusja. Co zrobić z takim pasztetem. Niestety sprawy doszły już zbyt daleko i nikt nie chciał tego ujawniać „dla dobra związku”. Mieliśmy go bardziej pilnować przy podejmowaniu decyzji, ale wyszło inaczej.
Podczas sporów o zapisy podczas rejestracji związku zrozumiałem, że Wałęsa jest sterowany przez doradców „warszawskich”. Nasze wspólne ustalenia przestawały go obowiązywać. Ośrodek decyzyjny związku powoli przenosił się na kanapy warszawskie, na których doradcy wspólnie z ludźmi władzy ustalali ujarzmienie rewolucyjnych poczynań związku.  Gdy aresztowano ludzi KPN doszło do paradoksalnej sytuacji. Wałęsa – w imieniu związku – odmówił obrony Więźniów Politycznych. Rozgorzała dyskusja i stało się oczywiste, że to komuna zabrania związkowi mieszania się w politykę a rzecznikami tej idei są doradcy. Niestety nie dopuścili oni wówczas do utworzenia Komitetu Obrony Więźniów Politycznych. Po wielotygodniowym sporze, pod presją zgodzili się na łagodniejszą formę t.z. Komitet obrony więzionych za przekonania, co było osobistą zasługą Darka Kobzdeja, którego czynnie wspierałem wbrew oficjalnym zaleceniom kierownictwa „S”. 
          Jesień 1980 roku to nieustające konflikty w zakładach pracy w całej Polsce. Dyrektorzy przedsiębiorstw permanentnie blokowali działalność nowego związku. Gdy konflikt narastał dochodziło do strajku złogi przeciw dyrekcji. Wówczas przyjeżdżałem z Bogdanem Lisem na mediacje i – zwalnialiśmy dyrektora. W krótkim czasie staliśmy się postrachem dyrektorów i potem wystarczało w takich przypadkach ostrzeżenie dla dyrekcji:, „ bo wezwiemy Kołodzieja lub Lisa” i był spokój. A wewnątrz związku zaczynało się dziać. Doradcy mieli co raz większy wpływ na Wałęsę a ich celem było używanie „S”, jako elementu przetargowego dla realizowania własnych aspiracji politycznych. Te zdecydowanie różniły się od dążeń ludzi, którzy w „Solidarności” widzieli siłę zdolną do pokonania totalitaryzmu. Nowo wykreowanych przywódców nęciła sława i popularność. Coraz częściej zagraniczne wyjazdy stawały się źródłem zazdrości i konfliktów. Wielu chciało uczestniczyć w ważkich spotkaniach tylko po to by pojechać do Warszawy lub zrobić sobie fotkę z „kimś”. Solidarność istniała i rosła wśród mas, ale bladła wśród reprezentantów tych ludzi. W grudniu kilku działaczy pojechało na spotkanie sylwestrowe u wojewody. Tam przy „szampanie” zgodzili się z przedstawicielem rządu, że w zasadzie ludziom nie są potrzebne wszystkie soboty a potem uczestniczyli w pozorowanych negocjacjach, których wynik był z góry przesądzony. Dwie wolne soboty.
          Po powrocie delegacji z Watykanu Andrzej Celiński poinformował mnie o dwóch ważnych sprawach. Pierwsza to przekazanie w ambasadzie amerykańskiej dokumentów dotyczących próby interwencji sowieckiej w Polsce w noc z 7/8 grudnia 1980 roku a druga materiałach kompromitujących Lecha Wałęsę, które są elementem wywierania na niego nacisku – szantażu.  A. Celiński usiłował mnie wówczas przekonać, że krytyka L.W. nie ma sensu, bo i tak będzie on powolny postanowieniom swoich doradców. W szeregach związku zaczynały się wybory do władz i co za tym idzie rodziła się rywalizacja wśród działaczy. 
          Pojawiały się też nowe problemy. Dotarła do mnie informacja, że szef ważnego regionu jest agentem SB. Był to Jarosław Sienkiewicz Jastrzębia Zdroju. Sprawa była poważna, bo reprezentował prawie cały Górny Śląsk. Wielokrotnie jeździłem tam z B. Lisem i steraliśmy się nie dopuścić do jego wyboru na szefa regionu i udało się. Cóż z tego. Tydzień po tym Wałęsa poparł osobiście wybór Jaruzelskiego na premiera rządu. Uczynił to mimo zakazu komisji krajowej. Ludzie ciągle wierzyli w zwycięstwo, ale dla mnie to było bardzo ważne ostrzeżenie. Podczas wizyty w „małej Moskwie” Legnicy, milicja nie odstępowała mnie na krok. Wiedziałem, że pod nieobecność zrewidowali mi pokój hotelowy. Podczas wyjazdów na południe kraju nawiązałem kontakty z Polakami pracującymi w Czechosłowacji i wykorzystałem to do większych przerzutów naszych materiałów za granicę. W Gdańsku mieliśmy sporą grupę czeskich studentów, którzy wspierali nas a my ich. Pojawiali się też studenci a NRD. Solidarność unikała takich kontaktów, ale z Bogdanem Borusewiczem spotykałem się z nimi i próbowaliśmy utrzymać jakieś kontakty.
          W tym okresie zajmowałem się bezpieczeństwem wewnętrznym związku i gromadziłem różne informacje ze źródeł milicyjnych i wojskowych. Szczególnie interesowały mnie przygotowania do działań przeciw „S”. Ludzie zachłystywali się wolnością a my zakładaliśmy, że władza uderzy w związek, gdy tylko uzna, że może nas pokonać. W takiej atmosferze zaskoczyły nas tragiczne wydarzenia w Bydgoszczy, kiedy to milicja wtargnęła na salę podczas obrad i brutalnie pobiła działaczy związkowych. Reakcja była natychmiastowa. Zażądaliśmy ukarania winnych i rozpoczęliśmy przygotowania do strajku generalnego. Doradcy natychmiast zabrali Wałęsę z Gdańska w obawie, że wymusimy na nim zdecydowane działanie. Była to największa mobilizacja społeczna w tamtym czasie. Najważniejsze, że ludzie wierzyli w pokonanie komuny. Niestety układy doradców z rządzącymi miały za ceł oszukanie ludzi. Nie wiem, kto bardziej bał się rewolucji społecznej – Geremek z Mazowieckim czy komuna. Z pewnością ci dwaj bardzo bali się o los komunizmu w tym starciu. Nieuczciwe rozwiązanie sprawy bydgoskiej było przełomem. 
          Już nigdy nie udało się doprowadzić do tak wspaniałej mobilizacji społeczeństwa i dokonało podziału wewnątrz solidarności. Stało się oczywiste, że grupa Mazowieckiego nie chce dalszych zmian i dąży do utrzymania status-qwo w zamian za przywileje u możnych. Samo zdarzenie doprowadziło do ostrego konfliktu i krytyki w Komisji Krajowej. Niestety stało się oczywistym, że łagodny nurt w „S” wspierany przez agentów bierze górę i w kampanii wyborczej odsuwani są zdecydowani działacze dążący do pokonania władzy. „W związku potrzebni nam są ludzie do spokojnej pracy a nie rewolucjoniści” głosił wówczas Wałęsa.
          Wtedy to po raz pierwszy postanowiłem podać się do dymisji i na posiedzeniu prezydium zarzuciłem Lechowi zdradę w 1970 roku. W ostrym sporze niewiele miał do powiedzenia. Po dłuższej chwili rzekł jedynie „każdy się przecież może pomylić" i wyszedł. Rozgoryczone postępowaniem Wałęsy całe prezydium podało się do dymisji. Następnego dnia doszło do ugody z nim dla dobra jedności związku w zamian za większe podporządkowanie się Lecha wspólnym decyzjom. 
Dla mnie niestety był to koniec możliwości działania w tych strukturach. Nie chciałem pogodzić się z biernością i oczekiwaniem kiedy władza w nas uderzy, a że to nastąpi nie miałem złudzeń. Powoli z Bogdanem Borusewiczem  zaczęliśmy inne działania, mające na celu przygotowywanie się do wprowadzenia stanu wyjątkowego. Przygotowywaliśmy maszyny drukarskie i zapasy papieru w utajnionych miejscach. Chcieliśmy stworzyć sieć tajnych mieszkań i łączności między nimi. Przygotowaliśmy zestawy matryc ulotek w obcych językach na wypadek interwencji z zewnątrz. W siedzibie „S” stworzyłem dla bezpieczeństwa system łączności radiowej z dużymi zakładami pracy i jednostkami pływającymi na polskich wodach przybrzeżnych. Przyjmowaliśmy ze Szwecji przesyłki publikacji czeskich itp. Coraz mniej interesowała mnie działalność związkowa. Marzyło mi się pokonanie komunizmu. Zacząłem wydawać niezależne książki i broszury. Nie było to mile widziane przez moich kolegów działaczy związkowych, ale ja już wybrałem drogę do niepodległości. Działalność związkowa kojarzyła mi się z lewicą a z ta z komunizmem, więc była mi obca. Nie kandydowałem do żadnych władz by nie wiązać sobie rąk. Gdy w maju podczas posiedzenia prezydium zaproponowałem uczczenie rocznicy urodzin Marszałka Piłsudskiego zostałem ostro zgromiony przez Joannę Gwiazdową. Zrozumiałem, że nie tutaj moje miejsce. Dużo współpracowałem z Darkiem Kobzdejem w obronie więźniów politycznych. Wspólnie z Janem Samsonowiczem /obaj nie żyją/ zorganizowaliśmy i braliśmy udział w głodówce w obronie więzionych. Pomagałem darkowi w przygotowaniach marszu gwieździstego na Warszawę. 
Z rzadka ingerowałem w działalność związku jak np. w lipcu 1981 gdy na zjeździe regionalnym w Gdyni Wałęsa zażądał władzy absolutnej nad związkiem i prawa swobodnego doboru swoich współpracowników. Uznałem, że to koniec demokracji w „Solidarności” i postanowiłem przestrzec ludzi przed zagrożeniem. To wówczas / w połowie lipca/ po raz pierwszy powiedziałem publicznie w Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni na zebraniu delegatów załogi, że Wałęsa zdradził w 1970 roku i nie wolno dawać mu takich uprawnień. Bo skoro zdradził raz to może to zrobić po raz drugi i wówczas może być tak, że „Solidarność” przestanie istnieć w ciągu jednej nocy. Nie wiedziałem wówczas jak bardzo są to prorocze słowa. Na koniec oświadczyłem, iż nie zamierzam być długopisem w ręku agenta i zrezygnowałem z funkcji zastępcy Wałęsy.
          Niestety przeszło to bez większego echa. Kilka dni potem zostałem zatrzymany przez milicję z nielegalnymi drukami. Były to egzemplarze „Katynia”, który sam wydałem. Po interwencji Andrzeja Gwiazdy zostałem zwolniony, ale prokurator oskarżył mnie o bezprawne wydawanie publikacji szkalujących władzę i wszczęto sprawę przeciwko mnie. Dalej robiłem swoje. Pierwszy zjazd ”S” zastał mnie przy wydawaniu „Trzynastu dni nadziei”- opowiadanie o inwazji sowieckiej na Budapeszt w 1956 roku. Dwie rzeczy utkwiły mi na zawsze z tamtych dni. Wizyta generała Boruty-Spiechowicza i jego bardzo odważne, nawołujące do odwagi przemówienie i apel do Narodów Europy Wschodniej, najważniejszy dokument zjazdu.

          Następnego dnia po zakończeniu drugiej tury zjazdu wyjechałem do Krakowa. Po tygodniu aresztowała mnie czechosłowacka służba bezpieczeństwa.